4.6.09

Kaszeba, Kaszeba, KaszebeRunda! 215 km po szosach!


PRZYGOTOWANIA

Jak zwykle na ostatnią chwilę serwis roweru u największego, najlepszego, najwspanialszego serwisanta Bydgoszczy - Le Tomszura. Wymiana kiery na obciętego barana, opony Long Distance Hutchunson'a (mega pojechane czerwone:). Łańcuch i siodełko zostały. Miałam mały młynek z powodu sesji – drukowanie i oddawanie pracy na ostatnią chwilę... I się nie przygotowałam, nie zabrałam kluczy do tylnego koła, smarowideł, część rzeczy zabrałam z Poznania, część miałam jeszcze nie spakowana w Bydzi. Tomaszur chodził zły jak osa, bo grzebaliśmy się strasznie, wybieraliśmy się jak srać za morze. Odebraliśmy Szeryfa i Dorotkę. Do dzisiaj nie wiem jak nam się udało upchnąć w Czerwonym Karawanie Toma?! VW Passat daje rade pomieścić trzy rowery, bagaże czterech osób... Na pewno weszłoby więcej;P

ROAD TRIP TO KOŚCIERZYNA

Z racji braku moich kompetencji w nawigacji, w celu uniknięcia niepotrzebnego zmuszania Tomaszura do snucia uwag pod moim adresem – Szeryf - operator tirów zajął moje miejsce z przodu. Po tripie do wielokulturowego, europejskiego miasta jakim jest Koscierzyna, przyszło nam szukać miejsca naszego spoczynku. Szeryf zarzekał się, że znał drogę do Małej Szarloty – ośrodka malowniczo położonego nad jeziorkiem (Hoppas był już na miejscu:)... i straciliśmy jakieś pół godziny na dotarcie do celu. Było śmiesznie: nawigacja na dwie kobiety wychylające się przez tylne okna, po ciemku, by wyjechać tyłem ze złej drogi, w dodatku pod górkę;P

NA MIEJSCU

W ośrodku czekał już na nas Hoppas. A domek pierwsza klasa: dwa pokoje i salun (pięć łóżek), kuchenka, łazienka, lodóweczka, telewizornia, naczynia – full wypas. Mieliśmy małą zagwozdkę, gdyż okazało się, że nie ma butli gazowej w kuchence. Chłpaki dziabneli bronxy, przygotowaliśmy rowerki i w kime.

WIELKI, DŁUGI, ROWEROWY DZIEŃ

Rano odbywały się cuda na kiju, żeby odgrzać makaron (puszki z szamą w misce zalanej wrzątkiem;). W ruch poszła maść końska Hoppasa (dzięki, pomogła na mojego zwyrodnialca w karku!). Pojechaliśmy się zarejestrować, o 8.20 mieliśmy start. START!!! Radiowóz policyjny wyprowadził nas z miasta. Do tego momentu udało mi się utrzymać w czołówce 'peletonu'. Potem był już siwy dym;P Szeryf i Hoppas wydarli do przodu, ja traciłam prędkość na górkach, bo jechałam na single'u. Dojechałam do pierwszego bufetu – jako posiłek regeneracyjny był chleb ze smalcem , dżemem, drożdżówka i kawulec. Pojechaliśmy dalej, Tom zrobił kilka zdjęć. Jadziem, jadziem.. pojawił się drugi bufet w miejscowości Laska. I był to koniec dobrze przygotowanych bufetów dla ostatnich zawodników peletonu :( W trakcie jazdy Tomaszur łapie kapcia na swoim 29”ninerku. Dalej jechałam sama przed siebie, nie wiem jak długo... dość długo. Tom gonił mnie potem na beztlenie :) Gdy mnie dorwał przyszedł czas na mój defekt: urwałam koszyk – został w mojej ręce na bidonie. Jechaliśmy dalej do Charzykowa. Tam miał czekać na nas bufet z ciepłym posiłkiem, KTÓRY BYŁ ZAJEBIŚCIE ZIMNY!!! Spotkaliśmy tam Zbycha i jego ekipę Rowerowego Rajdu Brdy (pozdrowienia dla Snuffiego, Edyty, Kermita, Moni, Kity, Smoka, Zbycha, Daniela i znajomków z widzenia;). Z Charzykowa jechaliśmy drogą krajową na Koszalin. Co mogę powiedzieć... jakieś 30-40 km wiatru w mordę, tiry, ścigacze i uj wie co jeszcze!!! Dojechaliśmy do kolejnego bufetu, gdzie mały wiejski chłopiec przygrywał jakieś smęty na Keyboardzie... Po jakimś czasie zjechaliśmy z krajówki. Przyszła chwila kryzysu, wkurwa, łez i chyba radości, że zjechaliśmy z krajówki (żeby nie było, że ze zmęczenia;). Okazało się, że faktura z CentrumRowerowego.pl świetnie nadaje się na papier toaletowy >:D. Jadziem dalej... Na drodze do Parchowa stanęła nam wyjebana górka – dla mnie wręcz ściana płaczu. Jadziem, jadziem... kolejny bufet, na którym zaoferowali nam wodę. Brakowało nam cukru i to wybitnie. Zatrzymaliśmy się na stacji benzynowej. Batony, batony i jeszcze raz batony... i żelki w cukrze!!! Dostaliśmy też żele energetyczne od kolesi z wozu technicznego. I od tego momentu był tylko OGIEŃ Z DUPYYYYYYYY!!! Po drodze minęliśmy ostatni bufet, wciągnęliśmy pięć osób, nie byliśmy już na szarym końcu>;) na odcinku 10 km do mety, złapała nas burza z deszczem. Ogień z dupy działał cały czas. Dojechaliśmy na metę, czułam jak woda w butach przelewa mi się raz do przodu raz do tyłu... Medale, zwrot kaucji i strzała do Ośrodka. Kurna, jeszcze w życiu tak nie zmarzłam na rowerze! Zmęczeni ukończyliśmy rajd przed czasem i nie byliśmy ostatni:D

ZDJĘCIA TOMASZURA Z KASZEBERUNDY



Brak komentarzy: